squire blog

Twój nowy blog

Wpisy w kategorii: Bez kategorii

gruzy

Brak komentarzy

znacie to uczucie kiedy po wielogodzinnym budowaniu wspanialego zamku z piasku przychodzi nieoczekiwana, przypadkowa fala i wszystko doszczetne niszczy?

tak wlasnie sie czuje

czasami to czlowieka krew zalewa jak widzi jak maly ma wplyw na bieg wydarzen.

szlag mnie trafil

ja sie powaznie zaczynam zastanawiac, czy to, ze mieszka ze mna tutaj ta dziewczyna nie jest jakims boskim testem na wytrzymalosc i zachowanie zimnej krwi… pomijam juz fakt, ze nadal nie mam pojecia jak mozliwe jest zadawanie miliona pytan na sekunde, z czego kazde jest inne. nie, ona ma naturalny dar do irytowania wszytskiego co zyje dookola.

wczoraj w swej wspanialomyslnosci zuzyla cala ciepla wode… co oznacza ze jak wrocilam kolo polnocy z pubu moglam pomarzyc o cieplej kapieli. odwdziecze sie, obiecuje.

a ostatnio jenny prosila loui’ego zeby do niej zadzwonil (z komorki do domu) zeby miala okazje przerwac fascynujaca konwersacje i czym predzej uciec z kuchni.

a hitem ostatnich dni bylo jej pytanie, zadane tuz przed jedn z lekcji mojej kumpeli:
„czy warto wybrac sie do Londynu? Bo nie jestem pewna”

jakies watpliwosci?

albo wczoraj: zerwala sie z popoludniowej lekcji tylko o to zeby… wrocic do domu.

ktos widzi w tym jakis sens? :D
no wlasnie – to nie ma sensu

co sie dzieje kiesy rodzina jest w domu a do drzwi dzwoni irytujaca rosjanka?

NIC
i na tym polega caly zart

wczoraj po szkole, wrocilam do domu uwazajac zeby nie spotkac ciekawskiej wspollokatorki, zaszylam sie w swoim pokoju igeneralnie udawalam ze mnie nie ma (dosc skutecznie jak sie pozniej okazalo). niedlugo po mnie wrocila cala rodzina Jenny (gospodyni) i Loui (jej syn) oraz jej siostra z dziecmi. i wtedy wlasnie do drzwi zadzwonila ona. i co sie wydarzylo… wszyscy patrzyli na siebie troche przestraszeni. A Loui wypchnal niemalze na sile swoja mlodsza kuzynke, zeby ta otworzyla drzwi i nie starala sie nawiazac zadngo kontaktu :D

kilka gdzin pozniej, kiedy zadawala kolejny milion pytan przy obiedzie, a kazdy byl niebwale skupiony na jedzeniu byle tylko nie moc otworzyc ust padlo pytanie (odnosnie krewetek):

„Skad sa te krewetki? z morza tu z brighton czy moze z jakiegos bardziej na poludnu?”
moja odpowiedz:
„z tesco”
(rodzina smiech, ona – niekoniecznie)

az sie boje myslec co bedzie jutro ;]

obce kraje

1 komentarz

sprawa przedstawia sie tak:

JA: Anglia – zimno, szaro, deszczowo, wietrznie…

MOJA MAMA: Egipt – cieplo, milo. slonecznie, wiater jak wieje to sama przyjemnnosc

WNIOSKI:
„Co ja robie tu?”

ale co ja tu wlasciwie robie? caly czas sie ucze. pomijam juz fakt, ze wszedzie naokolo slysze angielski, co samo przez sie staje sie jedna wielka lekcja. ale dodatkowo w wolnych chwilach ucze sie rzymu, i moze to zabrzmi dziwnie le ciesze sie ze mam taka mozliwosc (tak wiem – zle to brzmi). a teraz bede sie tlumaczyc: wczoraj (tj. 19.08.2007) przyjechala do mojej rodziny nowa studentka – Rosjanka. wszytsko byloby ok, gdyby tylko nie byla taka meczaca, gaatliwa, nie zadawala 20 000 pytan na sekunde i nie chciala caly czas rozmawiac. zatem uwierzcie. mozliwosc nauki rzymu w tym przypadku to blogoslawenstwo. wczoraj ustalalysmu z „godpodynia domu” ktora kogo zawola w przypadku rozpaczliwej checi ucieczki od gadatliwej domatorki. brrr… az boje sie do domu wrocic. a pech chcal ze mieszka z nami jeszcze 2 tyg.

poczatkowo dziwne wydawaly sie pytania w stylu: „czy moge wlozyc swoje rzeczy do szafy?” (zaznaczam ze byla juz w swoim pokoju) albo: „czy moge skorzystac z lazienki?”

ale hitem sezonu okazalo sie to jak wstala okolo 4.00 a.m. (rano, w nocy czy jak kto woli) zaczela sie myc i sykowac… wpadla do mnie o 5.23 (!) i zapytala sie mnie „spisz?” myslalam ze umre w nocy… ze smiechu. naprawde miala zabawna mine jak jej powiedzialam ktora godzina ;]

ooo nieeee… a wiecie czemu? bo toz mateczka Rasija przewiduje inna godzine niz szarzy Angole i przestawienie zegarka nie wydaje sie byc nadto potrzebne. bo i po co…

trzymajcie kciuki… cobym jej wkrotce nie rozszarpla ;]
dzisiaj bede udawala ze mnie nie ma :)
zapoiadaja sie ciekawe 2 tygodnie ;]

K: Well… Usually normal photos are better in quality… but still I’m quite impressed by your mobile… And it’s abilities obviously

S: maybe, but still… it’s not perfect :P

K: Nobody/nothing is…. Call me nobody ;)

S: so in that case I can be „nothing” :P

K: Nothing and nobody … What a perfect connection

S: indeed.

K: Hmmm… In this reply I can see influences of Kelsen’s philosophy and some idea of truthfull truth which is easy to find in Kirkagaard’s theory ;)

S: nevermind… (Nietzsche)

K: … (Schopenhauer)

S: good girls gone bad… (Rihanna)

To tyle na temat filozofii :]

1:23
skwir (pod postacią mojej skromnej osoby) zaczyna coś jeść,
Kalafiorek okazuje zainteresowanie i pyta:

K: co jesz?
S: co zając?
K: co niedźwiedź?
S: parówkę
K: aha to dobranoc

samo życie.

Co zrobić, żeby gdzieś nie iść?

Krótka rozmowa roztrząsająca problem.

MAMA: Powiedz, że… że dostałaś jakiejś wysypki. Na całym ciele.

JA: A może jakiś problem żołądkowy?

MAMA: No mówię Ci… wysypka.

JA: A nie żołądek?

MAMA: Problem żołądkowy? To takie… trywialne.

[chóralny wybuch połączonego śmiechu obu uczestniczek rozmowy]

To takie… trywialne.
Nieprawdaż?

Opisywana sytuacja będzie związana stricte z tą, z poprzedniej notki. Albowiem będzie jej następstwem.

A zaczęło się to tak, że pewna Pani z druga Panią ‚zapomniały’ wysłać zgłoszenia na egzamin pewnej Pani, którą w tej sytuacji jestem ja, czego efektem jest niemożność przystąpienia do tegoż egzaminu. Gdy ta zapytała się zdziwionym głosem jak to możliwe jedna z Pań powiedziała: „No cóż, przeoczyłam to, moja wina, wielki masz żal?”. Cóż miałam powiedzieć? I tak oto wielce zawiedzione dziewczę powędrowało smętnie do domu i obwieściło rodzinie niezbyt radosną nowinę. I tu okazało sie jak waleczna jest moja rodzina. Pewien Pan – zwany dalej moim wujkiem – kładąc przede mną kartkę papieru i długopis rzekł: „Masz dziecko, pisz”. I tak się stało. Następnego poranka owo dziewczę wraz ze swoim wujkiem pojechało do niezbyt sławetnego sekretariatu z podaniem o pisemne wyjaśnienie zaistniałej sytuacji. Niestety nikogo nie zastali. Myślicie, że to już koniec tej smętnej historii? Nie. Niestrudzony wujek, dwa dni później, uchwycił przed budynkiem główną sprawczynię zamieszania wręczając jej wspomnianą już wcześniej pisemną prośbę. Ta robiąc wielkie oczy, cała w stresie, pokwitowała odbiór dokumentu i zniknęła w czeluściach swego wozu. Ale to dalej nie koniec…

[3 godziny później]

- Tak słucham?
- Halo, czy ja rozmawiam z Panią X?
- Nie, ale jestem jej matką, a o co chodzi?
- Chciałam powiedzieć, że córka została dopuszczona do egzaminu.
- Jak to możliwe? Przecież nie było żadnej możliwości.
- Podjęłyśmy wszelkie możliwe kroki w tej sprawie i udało nam się uzyskać zgodę na dopisanie Pani córki na listę zdających.
- Dziękuję bardzo, do widzenia.
(rozmowa została zaprezentowana w skrócie)

Czyżby strach (sąd?) zajrzał w oczy?

I dwa wnioski:
1. Walcz zawsze do końca – a nuż coś ugrasz.
2. Zawsze chciej wszystko na piśmie.

Zgodnie z zasadą, jaka towarzyszy zwrotowi z tytułu, która brzmi: „every day” wczoraj (bo to dzień wczorajszy, czyli czwartek 26 kwietnia) był kolejnym z serii przedstawionej w poprzedniej notce. Na wstępie uprzedzę czytających poprzednią notkę – nie był to akumulator.

Dowiedziałam się, że jednak nie będę pisała pewnego egzaminu. Na pierwszy rzut oka (ucha?) fajnie brzmi no nie? Ale niestety nie jest tak sielankowo – ZALEŻAŁO MI NA TYM CHOLERNYM EGZAMINIE!!! I co się dowiedziałam? Że szanowna pani v-ce dyrektor „przeoczyła” tą część zgłoszenia – PA-RA-NO-JA! Jak można przeoczyć część zgłoszenia?! A potem z miną zbitego spaniela patrzeć się w oczy i bezczelnie pytać: „Duży masz do nas żal?”. Nie no !@$%$%@# – nie mam… PRAWIE! Wrrr.. i niech ktoś mi powie, że ja nie mam pecha?! na całą szkołę tylko ja zostałam „przeoczona”. no cholera jasna! Dlaczego to się zdarza mnie?!

I znowu… do znudzenia uprasza się wklejenie naczelnego hasła minionego tygodnia (o Boże, jeszcze całe 3 dni zostały do jego przeklętego końca):

SHIT HAPPENS EVERY DAY!!!

No właśnie – ‚shit happens every day’. Nie wiem czemu ale to skromne wyrażenie coraz częściej opisuje mnie – szczególnie ta część ‚every day’. W chili obecnej jestem bardzo szczęśliwa, bo otrzymałam na własność, a właściwie współwłasność na zasadach ‚fifty fifty’ fajniutki samochodzik (jak ja nie lubię zdrabniania słów) marki Ford Focus. Fajnie nie? (i znowu potocyzm. Hmmm czy ja się przypadkiem nie czepiam? – Kalafiorro, to Twoja wina!) No ale wracając do tematu. Jestem cholernie szczęśliwa, bo moja komunikacyjna smycz znacznie się poluźniła, ale… no właśnie, zawsze jest jakieś ale.

Zacznijmy opowieść od początku. Zaznaczam, ze nie będzie ona usłana różami, a po przeczytaniu tego co mam zamiar napisać możecie stwierdzić, że zadajecie się z pechowcem (to chyba mało powiedziane). Ale w całym swoim nieszczęściu ta opowieść może wydać się zabawna.
Zaczynamy.

Dawno dawno temu, mniej więcej jakoś tak w lutym dowiedziałam się, że z momentem, kiedy moja szanowna rodzicielka otrzyma swój nowy pojazd równolegle swój dostanę ja. Ucieszyłam się niezmiernie. Z utęsknieniem oczekiwałam kwietnia, a dokładniej połowy kwietnia. Kiedy się wreszcie doczekałam i termin wymiany był już ustalony byłam jeszcze szczęśliwsza. I tu zaczyna sie tak naprawdę historia właściwa. Wspomniany termin sukcesywnie przesuwał się… do przodu, co nie było jeszcze największą tragedią, bo jak czekałam rok to co mnie zbawi kilka dni. Kiedy już w moim garażu gustownie połyskiwała świeżo umyta zielona (a może i nie) karoseria… nie mogłam nim jeździć, bo nie miał blach. Ale i na to się doczekałam. Wreszcie szczęśliwa jak nigdy wyjechałam na polskie szosy. I co się okazało? Że moje cudowne niepsujące się żaróweczki, a ściślej mówiąc jedna, się przepaliły. Ok, zdarza się… podobno (tylko czemu mnie u progu kariery?). Mały postój na stacji benzynowej gdzieś w środku miasta zaradził sprawie (szkoda tylko, że w międzyczasie spóźniłam się w jedno, a co za tym idzie, w kilka miejsc). Pięknie nie? Niby zero stresów a ja tu dzisiaj podjeżdżam pod wydział i syczę. No właśnie, też się zdziwiłam, ale syczałam. No nie, właściwe to nie ja, ale że utożsamiam się z moją bryką to mogę śmiało powiedzieć, że tak właśnie było… A dokładniej to syczało mi przednie prawe koło. Pierwsza myśl? „Nie jest dobrze”. Druga? „Czemu mnie się to przytrafia?” Trzecia? „Cholera za 10 min mam ćwiczenia”. Kolejne są nie do przytoczenia. No bo co za normalny kierowca (dodajmy po cichu, że z wadą wzroku) dojrzałby mały kawałek przezroczystego szkła na brukowanej drodze, ustawionego na sztorc względem rowka Twojej nowo założonej (bo aż całe dwa dni wcześniej) opony? No jaki? Na pewno nie ja, co chyba kwalifikuje mnie do normalnych (dziwnie to brzmi, normalny). Ale muszę przyznać, że moje szczęście, a raczej „szczęście” mnie rozbawiło. Jako kierowca u progu kariery jazdy własnym samochodem muszę przyznać, że zaliczyłam już chyba wszystkie najbardziej typowe przygody na drodze. No, może został jeszcze rozładowany akumulator. Może to jutro? Tfu! wypluć takie słowa. Ale co byście pomyśleli na moim miejscu?

I tak się kończą rozdziały mojej jak na razie, jakże krótkiej, jazdy z przygodami. Ciekawe co życie dopisze, bo jak je znam akcja będzie… wartka.

A na koniec, w ramach ciekawostki dorzucam obrazowe przedstawienie tego, czego żaden normalny kierowca na brukowanej drodze by nie zobaczył.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us


  • RSS