sprawa przedstawia sie tak:

JA: Anglia – zimno, szaro, deszczowo, wietrznie…

MOJA MAMA: Egipt – cieplo, milo. slonecznie, wiater jak wieje to sama przyjemnnosc

WNIOSKI:
„Co ja robie tu?”

ale co ja tu wlasciwie robie? caly czas sie ucze. pomijam juz fakt, ze wszedzie naokolo slysze angielski, co samo przez sie staje sie jedna wielka lekcja. ale dodatkowo w wolnych chwilach ucze sie rzymu, i moze to zabrzmi dziwnie le ciesze sie ze mam taka mozliwosc (tak wiem – zle to brzmi). a teraz bede sie tlumaczyc: wczoraj (tj. 19.08.2007) przyjechala do mojej rodziny nowa studentka – Rosjanka. wszytsko byloby ok, gdyby tylko nie byla taka meczaca, gaatliwa, nie zadawala 20 000 pytan na sekunde i nie chciala caly czas rozmawiac. zatem uwierzcie. mozliwosc nauki rzymu w tym przypadku to blogoslawenstwo. wczoraj ustalalysmu z „godpodynia domu” ktora kogo zawola w przypadku rozpaczliwej checi ucieczki od gadatliwej domatorki. brrr… az boje sie do domu wrocic. a pech chcal ze mieszka z nami jeszcze 2 tyg.

poczatkowo dziwne wydawaly sie pytania w stylu: „czy moge wlozyc swoje rzeczy do szafy?” (zaznaczam ze byla juz w swoim pokoju) albo: „czy moge skorzystac z lazienki?”

ale hitem sezonu okazalo sie to jak wstala okolo 4.00 a.m. (rano, w nocy czy jak kto woli) zaczela sie myc i sykowac… wpadla do mnie o 5.23 (!) i zapytala sie mnie „spisz?” myslalam ze umre w nocy… ze smiechu. naprawde miala zabawna mine jak jej powiedzialam ktora godzina ;]

ooo nieeee… a wiecie czemu? bo toz mateczka Rasija przewiduje inna godzine niz szarzy Angole i przestawienie zegarka nie wydaje sie byc nadto potrzebne. bo i po co…

trzymajcie kciuki… cobym jej wkrotce nie rozszarpla ;]
dzisiaj bede udawala ze mnie nie ma :)
zapoiadaja sie ciekawe 2 tygodnie ;]