Zgodnie z zasadą, jaka towarzyszy zwrotowi z tytułu, która brzmi: „every day” wczoraj (bo to dzień wczorajszy, czyli czwartek 26 kwietnia) był kolejnym z serii przedstawionej w poprzedniej notce. Na wstępie uprzedzę czytających poprzednią notkę – nie był to akumulator.

Dowiedziałam się, że jednak nie będę pisała pewnego egzaminu. Na pierwszy rzut oka (ucha?) fajnie brzmi no nie? Ale niestety nie jest tak sielankowo – ZALEŻAŁO MI NA TYM CHOLERNYM EGZAMINIE!!! I co się dowiedziałam? Że szanowna pani v-ce dyrektor „przeoczyła” tą część zgłoszenia – PA-RA-NO-JA! Jak można przeoczyć część zgłoszenia?! A potem z miną zbitego spaniela patrzeć się w oczy i bezczelnie pytać: „Duży masz do nas żal?”. Nie no !@$%$%@# – nie mam… PRAWIE! Wrrr.. i niech ktoś mi powie, że ja nie mam pecha?! na całą szkołę tylko ja zostałam „przeoczona”. no cholera jasna! Dlaczego to się zdarza mnie?!

I znowu… do znudzenia uprasza się wklejenie naczelnego hasła minionego tygodnia (o Boże, jeszcze całe 3 dni zostały do jego przeklętego końca):

SHIT HAPPENS EVERY DAY!!!