No właśnie – ‚shit happens every day’. Nie wiem czemu ale to skromne wyrażenie coraz częściej opisuje mnie – szczególnie ta część ‚every day’. W chili obecnej jestem bardzo szczęśliwa, bo otrzymałam na własność, a właściwie współwłasność na zasadach ‚fifty fifty’ fajniutki samochodzik (jak ja nie lubię zdrabniania słów) marki Ford Focus. Fajnie nie? (i znowu potocyzm. Hmmm czy ja się przypadkiem nie czepiam? – Kalafiorro, to Twoja wina!) No ale wracając do tematu. Jestem cholernie szczęśliwa, bo moja komunikacyjna smycz znacznie się poluźniła, ale… no właśnie, zawsze jest jakieś ale.

Zacznijmy opowieść od początku. Zaznaczam, ze nie będzie ona usłana różami, a po przeczytaniu tego co mam zamiar napisać możecie stwierdzić, że zadajecie się z pechowcem (to chyba mało powiedziane). Ale w całym swoim nieszczęściu ta opowieść może wydać się zabawna.
Zaczynamy.

Dawno dawno temu, mniej więcej jakoś tak w lutym dowiedziałam się, że z momentem, kiedy moja szanowna rodzicielka otrzyma swój nowy pojazd równolegle swój dostanę ja. Ucieszyłam się niezmiernie. Z utęsknieniem oczekiwałam kwietnia, a dokładniej połowy kwietnia. Kiedy się wreszcie doczekałam i termin wymiany był już ustalony byłam jeszcze szczęśliwsza. I tu zaczyna sie tak naprawdę historia właściwa. Wspomniany termin sukcesywnie przesuwał się… do przodu, co nie było jeszcze największą tragedią, bo jak czekałam rok to co mnie zbawi kilka dni. Kiedy już w moim garażu gustownie połyskiwała świeżo umyta zielona (a może i nie) karoseria… nie mogłam nim jeździć, bo nie miał blach. Ale i na to się doczekałam. Wreszcie szczęśliwa jak nigdy wyjechałam na polskie szosy. I co się okazało? Że moje cudowne niepsujące się żaróweczki, a ściślej mówiąc jedna, się przepaliły. Ok, zdarza się… podobno (tylko czemu mnie u progu kariery?). Mały postój na stacji benzynowej gdzieś w środku miasta zaradził sprawie (szkoda tylko, że w międzyczasie spóźniłam się w jedno, a co za tym idzie, w kilka miejsc). Pięknie nie? Niby zero stresów a ja tu dzisiaj podjeżdżam pod wydział i syczę. No właśnie, też się zdziwiłam, ale syczałam. No nie, właściwe to nie ja, ale że utożsamiam się z moją bryką to mogę śmiało powiedzieć, że tak właśnie było… A dokładniej to syczało mi przednie prawe koło. Pierwsza myśl? „Nie jest dobrze”. Druga? „Czemu mnie się to przytrafia?” Trzecia? „Cholera za 10 min mam ćwiczenia”. Kolejne są nie do przytoczenia. No bo co za normalny kierowca (dodajmy po cichu, że z wadą wzroku) dojrzałby mały kawałek przezroczystego szkła na brukowanej drodze, ustawionego na sztorc względem rowka Twojej nowo założonej (bo aż całe dwa dni wcześniej) opony? No jaki? Na pewno nie ja, co chyba kwalifikuje mnie do normalnych (dziwnie to brzmi, normalny). Ale muszę przyznać, że moje szczęście, a raczej „szczęście” mnie rozbawiło. Jako kierowca u progu kariery jazdy własnym samochodem muszę przyznać, że zaliczyłam już chyba wszystkie najbardziej typowe przygody na drodze. No, może został jeszcze rozładowany akumulator. Może to jutro? Tfu! wypluć takie słowa. Ale co byście pomyśleli na moim miejscu?

I tak się kończą rozdziały mojej jak na razie, jakże krótkiej, jazdy z przygodami. Ciekawe co życie dopisze, bo jak je znam akcja będzie… wartka.

A na koniec, w ramach ciekawostki dorzucam obrazowe przedstawienie tego, czego żaden normalny kierowca na brukowanej drodze by nie zobaczył.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us