squire blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2007

„Dobrą stroną upadania jest to,
że dajemy przyjaciołom szansę aby nas podtrzymali”

Meredith Grey – Grey’s Anatomy

No ale kurcze mam wspanialutki humoreczek. No taki wspaniały, że jak sobie tak siedzę sama w moim pokoiczku wpatrzona w monitoreczek (te zdrobnienia to wiosenno-czeska maniera taka) to mi się moja twarzyczka pięknie uśmiecha od ucha do ucha :]

Normalnie to chyba ta wiosna :]

No i chyba to jest ten czas,
kiedy na chwilę przestaję się walić młotkiem po głowie…
definitywnie :]

Chyba wiosna się zbliża, i to bynajmniej nie dlatego, że zaczyna mnie wszystko, od latających w powietrzu nieznośnych pyłków, swędzieć. Wysnułam takie wnioski, iż wraca tak dobrze mi znany stan wieczornego otępienia umysłu. Ciekawie to wygląda… w dzień tryskam energią i pozytywnym nastawieniem do świata a wieczorem, tak jakbym cały swój optymizm oddała w ciągu dnia, zostaję z niczym i pogrążam się w nieciekawych myślach. Może trzeba iść spać, żeby nie myśleć i podładować baterie? Ale jak tu zasnąć jak gdzieś pod kopułą kręci się w kółko milion nieskończonych myśli. Nie ma co… mam problemy – życiowe, jeśliby poddać je kwalifikacji. Znam taką jedną co by mi teraz powiedziała: „Cokolwiek bierzesz – bierz tego więcej albo rzuć”. Ja chyba biorę za mało.

„To jest mój sen
ten sen przeraża mnie
w pokoju bez ścian
zamykam się
nie ma nic
nie ma mnie
niby bezpiecznie
ale wcale nie jest dobrze
w moim śnie”

puenta?
‚Po co walę się młotkiem w głowę?
Bo jest tak cudownie, kiedy na chwilę przestaję.’

Kilkaset lat temu, Beniamin Franklin podzielił się ze światem sekretem swojego sukcesu. Nigdy nie zostawiaj na jutro, co masz zrobić dzisiaj, powiedział. Wydawałoby się, że więcej ludzi posłucha jego rad. Nie wiem, dlaczego odkładamy rzeczy na później, ale gdybym miała zgadywać, to chyba powiedziałabym, że ma to wiele wspólnego ze strachem. Strachem przed porażką, strachem przed odrzuceniem, czasami po prostu ze strachem przed podejmowaniem decyzji, bo co jeśli się mylisz? Co jeśli popełniasz błąd, którego nie naprawisz?

Kto rano wstaje, temu pan Bóg daje, a działanie w odpowiednim czasie zaoszczędzi kłopotów na przyszłość. Kuj żelazo, póki gorące. Coś pominęłam? Możemy udawać, że nam tego nie mówiono, ale wszyscy słyszeliśmy przysłowia, filozofów, dziadków, ostrzegających nas przed marnowaniem czasu, słyszeliśmy cholernych poetów nakazujących nam chwytać dzień. I co z tego? Jednak czasami musimy przekonać się na własnej skórze. Musimy popełniać własne błędy i musimy sami się na nich uczyć. Musimy zmiatać dzisiejszą możliwość pod jutrzejszy dywan, dopóki już więcej tam nie zmieścimy. Dopóki wreszcie nie zrozumiemy co Beniamin Franklin naprawdę miał na myśli. Że pewność jest lepsza od niepewności, że jawa jest lepsza niż sen, i że nawet największa porażka, nawet najgorsza, jest sto razy lepsza od zaniechania próby.

Ufff, no i pierwszy semestr za nami. Musze się kurcze pochwalić, bo pęknę. Zaliczyłam sesję wyrabiając 200% normy a zamiast ocen cząstkowych powiem, że całkiem zadowalająco… nawet bardzo zadowalająco.

W ramach mojej uciechy posesyjnej pojechałam cieszyć się za granicę (za granicę – jak to dumnie brzmi) bo aż do Czech. Zabrałam ze sobą trochę Warzyw i Lalkę Niedużą oraz przede wszystkim pewnego Fujitsu Siemensa – laptopa, który z uporem maniaka obwieszczał, że nie może znaleźć systemu operacyjnego. Ale nie zrażając się niczym z dzielnym Kalafiorem z nie mniejszym uporem wspólnymi siłami udowodniłyśmy mu, że się myli i zmusiłyśmy do współpracy. Po uporaniem się z pierwszym stojącym na drodze do szczęścia niejako problemem na horyzoncie wyrósł następny. Trzeba było zorganizować przeprawę przez las w celu zdobycia sprzętu w postaci desek, kijków i butów (wszystko w liczbie 2) . Było to o tyle trudne, że do miejsca gdzie pozostawiono nas samym sobie prowadziła jedna droga, długa zawiła i… nieprzejezdna. Wyprawa trwała… i trwała… i trwała… (teraz opuszczę pewien fragment) a właściwie tyle trwało samo podejście pod górę (dodam tylko, że droga powrotna po oddaniu sprzętu wcześniej wymienionego trwała, bagatelka, dwa razy dłużej). Ale wreszcie dotarłyśmy, dzielnie i niestrudzenie bieżąc pośród śniegów i zamieci. No i oczywiście odkryłam w sobie nowy talent, niecodzienny, niespodziewany, niestety wzorowany na głównej postaci Dirty Dancing 2 – talent kobiety gumy. Banalne? Tak, ale za to jakie komiczne. I powinnam jeszcze oficjalnie stwierdzić, że moim nowym idolem, zaraz przed osławionym Chuckiem Norrisem, stała sie niezastąpiona Alicja Szymczyszyn – bo któż inny potrafiłby nagrać Internet na płytę winylową? Uhhh, działo się działo, aż miejsca by brakło, żeby to wszystko opisywać, więc chyba na tym zakończę :] Jakby ktoś się bardzo domagał kontynuacji powinien dostarczyć mi podanie w dwóch kopiach z załączeniem trzech zdjęć i zaświadczenia o niekaralności. Wystarczy w komentarzach.

No tak, ale wszystko co piękne niebywale szybko się kończy, więc i nasze szczęście nie mogło trwać długo… co oznacza ni mniej ni więcej, że pełną parą rozpoczął się drugi semestr. Cóż można na to poradzić?

LET THE GAME BEGIN


  • RSS