I znów mnie naszło. Poczucie beznadziejnej bezsilności. Patrzę na świat dookoła jak widz na sali sądowej za szybą kuloodporną. Mało do mnie dociera, tłumione głosy, niewyraźne twarze. I ta nijakość, szarość i nijakość codzienności. Potrzebuję towarzystwa, ale nie ulotnego, nie takiego opierającego się na zasadzie pójścia do kina. Potrzebuję innego towarzystwa. Ale mniejsza z tym, jak będzie mi to pisane samo się znajdzie. Siedzę w swoim fotelu, wtulona w koc bezmyślnie klikając myszką. Już dawno skończyły mi się pomysły na buszowanie w sieci. Mam wrażenie, że wszystko już widziałam, nie mam żadnych potrzeb. I choć wiem, że powinnam iść spać, jutro kolejny ciągnący się w nieskończoność taki sam dzień. Ale nie idę, nie chce mi się, nie chce mi się wstać, zmienić ciuchów i jak człowiek iść spać. A rano znowu będę klęła, że się nie wyspałam… Wyniszczam się i nie potrafię przestać. Pewnie zaraz wstanę, ale powędruje za mną kłąb poplątanych, beznadziejnych myśli, które wyłączę na to kilka godzin błogiego snu. Ale wiem, że nie znikną…