Dzisiaj od 13-15 w naszej ‚pieknej’ szkole trwały dni otwarte. Miałam wątpliwą przyjemność uczestniczenia w tej szopce przez wzgląd na prośbę pewnej dzieczynki, która chciała popełnić ten sam błąd, który niegdyś popełniłam ja. Mainowicie dostać się do mojej szacownej budy na kolejne trzy lata nauki.

Propaganda i demagogia uprawiana przez grono pedagogiczne oraz uczniów klas młodszych była zatrważająca, przerastała o głowę Leppera i jego populistyczna hasła. Naprawdę, jakby wierzyć wszytskiemu co mówili o tej szkole to byłaby to szkoła marzeń.

Ale mimo iż te wydarzenia zajęły wysokie miejsce w moim rankingu śmieszności na dzień dzisiejszy na pierwszy plan wysuwa mi sie jedno stwierdzenie:

DNI OTWARTE – małe ZOO, w któreym to zwierzęta śmieją się z odwiedzających.

Żałosne było to jak małe grupki niedoszłych absolwentów gimnazjum z niemal panicznym strachem w oczach wchodziły do klas i rozglądały się jak spłoszone zwierzątka przeczuwające zagrożenie.

Co do zagrożenia przeczucia mieli dobre. Jeśli by się dostali do mojego LO zagrożone byłoby z pewnością ich zdrowie psychiczne.

Dodam tylko, że oprowadzający uczniowie klas niższych wygłaszali hymny pochwalne na cześć swojej szkoły z widocznym strachem emanuującym z ich postawy przed karą Bożą za herezje jakie przyszło im opowiadać niczego nieświadomej młodzieży.

Zatem podsumowując wszystkie moje wyżej spisane obserwacje mogę wytoczyć jedno równanie:

DNI OTWARTE = MAłE PROPAGANDOWE ZOO